Książka Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj

Osiem cudów świata

Siedem cudów świata. Słyszał o nich każdy z nas, ale tylko nieliczni potrafią wymienić je wszystkie. Zdecydowana większość wyliczankę zaczyna od piramidy Cheopsa, a potem jest już tylko jąkanie: „No jakiś posąg chyba… latarnia też albo coś z kolosem było…”. Wiedza o tych starożytnych budowlach nie jest obowiązkowa i nie masz powodu do wstydu, jeśli ci jej brakuje. Wszystkowiedzący autor niniejszej książki także zdobył ją przypadkowo. Ot, pewnej nocy nie mogłem zasnąć i wziąłem z półki pierwszą lepszą pozycję z obrazkami, a tam wspomniane cudeńka: piramida Cheopsa, posąg Zeusa, latarnia morska na Faros, Kolos Rodyjski, wiszące ogrody Semiramidy, Mauzoleum w Halikarnasie i świątynia Artemidy w Efezie.

A teraz będzie najciekawsze. Cała siódemka została spisana blisko dwa tysiące lat temu i od tamtej pory jest nieśmiertelna. Od czasu do czasu próbowano wprowadzić na listę jakieś nowe cuda. Nigdy jednak nie przebiły one popularnością tych pierwszych, klasycznych i ponadczasowych siedmiu cudów starożytności. Dlaczego? Bo nie zasługiwały na to miano? Bo tamte faktycznie w swoich czasach były czymś niezwykłym? Ano niekoniecznie…

Z całej siódemki przetrwała tylko piramida, i ten fakt w pewnym sensie potwierdza jej wielkość. A reszta? Cóż, jeśli chodzi o posąg Zeusa, to wcale taki cudowny nie był. Wysoki na 13 metrów... egipskiemu sfinksowi mógłby co najwyżej buty czyścić. Mauzoleum? Podobno istniało, ale nie zachowały się żadne rysunki i szkice potwierdzające jego wygląd i wielkość. To samo ze świątynią Artemidy. Ponoć była. Ponoć nieźle się prezentowała. Latarnia aleksandryjska? Stała setki lat, dopóki nie zburzyło jej trzęsienie ziemi, ale też nie ma pewności, jak wyglądała i czy aby na pewno było się czym jarać. Kolos Rodyjski? Dwa tysiące lat wierzono, że stał w rozkroku nad wejściem do portu, a statki wpływały tuż pod nim. Niedawno okazało się, że to nieprawda i jeśli kiedykolwiek stał w Rodos jakiś kolos, to raczej w głębi lądu. Ogrody Semiramidy? Trudno powiedzieć, na jakiej podstawie w ogóle znalazły się w cudownej siódemce, bo kiedy sporządzano listę, ogrodów już nie było. Od ponad 200 lat. Również dziś nie można powiedzieć, jak wyglądały.

Jakkolwiek trudno nie pochylić się przed starożytnymi Egipcjanami, tak cała reszta cudów – o ile w ogóle istniały – jest bardzo naciągana i mocno subiektywna.

A rozpisuję się o tym, bo to świetny przykład pasujący do reguł panujących w social mediach i blogosferze. Czy ktoś dzisiaj zapytałby, jaki z Antypatera (autora listy) ekspert od turystyki i architektury? Czy ktoś dzisiaj podważa (skutecznie!) niezwykłość siedmiu cudów świata? Czy ktoś w ogóle analizuje rzetelność tej listy? A czy kogokolwiek obchodzi obiektywizm?

Social media pełne są ludzi, którzy nic nie potrafili, niczego nie wiedzieli, a mimo to ich wypowiedzi stawały się dogmatami, oni zaś – ekspertami w swojej dziedzinie. Dziś wystarczy mieć wokół siebie niezbyt liczną publikę, posługiwać się w miarę poprawną polszczyzną i formułować dosadne, czarno-białe treści, aby tłum to podchwycił i uczynił z ciebie lidera.

Nikt nigdy nie zapyta, skąd masz wiedzę. A nawet jeśli – jego pytanie zginie w tłumie pochwał, lajków czy udostępnień.

Zapotrzebowanie na autorytety jest ogromne, a że przyszło nam żyć w czasach, w których przestaje się liczyć fakt, a największe znaczenie ma opinia, każdego dnia możesz obserwować, jak znikąd pojawiają się „uznani” eksperci. Trochę przypominają celebrytów. Wszyscy ich znają, cytują, czasami wyśmiewają, ale przede wszystkim – budują legendę, szerząc informacje na ich temat.

Nie moją rolą jest oceniać, czy to źle, czy dobrze. Należę do grupy blogerów, która całymi latami pracowała, by móc prowadzić teraz godne i całkiem przyjemne życie. Jeśli więc czasami czuję złość, że nagle znikąd pojawia się „ekspert” od social mediów czy blogosfery, to resztki skromności i pokory każą mi pamiętać, że przecież przed laty też zaczynałem od zera. Również kreowałem się na kogoś mądrzejszego, niż w rzeczywistości byłem. I przede wszystkim na kogoś innego, niż jestem. Całe lata płaciłem za ten grzech, ale takie to były czasy. Wówczas jeszcze żaden z blogerów nie zadawał sobie jednego z najważniejszych pytań.

KIM JESTEŚ?

Wielu internetowych twórców zamiast zapytać: „Kim jestem?”, pyta: „Kim chciałbym być?”. Kreowanie wizerunku niezgodnego z naszym charakterem czy stylem życia to też jakiś pomysł na bloga i może przynieść korzyści, ale prędzej czy później staje się dla nas przekleństwem. Tak było w moim przypadku, bo przygodę z blogiem zaczynałem od kontrowersyjnej i wulgarnej tematyki. Moje pierwsze teksty z 2005 roku były przesycone chujami i kurwami, a jeszcze gorzej wyglądało to w komentarzach, ponieważ wulgarny twórca zawsze przyciągnie wulgarną społeczność. Wówczas mnie to nie martwiło.

Nie zadawałem sobie pytania: „Kim jestem?”, bo nie było takiej potrzeby. To zainteresowanie czytelników kształtowało moją wirtualną osobowość.

Wiedziałem, że w końcu będę musiał wszystko odkręcić, złagodnieć i ujawnić się (tak, to były czasy anonimowych blogerów). Ale nie zaprzątałem sobie tym głowy, naiwnie wierząc, że jak mi się znudzi wizerunek wcielonego zła, to w krótkim czasie stanę się aniołkiem. Ten „krótki czas” trwał kilka lat, ale smród tamtego kontrowersyjnego blogera ciągnie się za mną do dziś, bo wielu pamięta mnie tylko z czasów, kiedy byłem przeciwko wszystkiemu i wszystkim.

Ilekroć robi się wokół mnie dym, hejterzy przypominają moje stare teksty, argumentując, że kto kiedyś rzucał kurwami, ten teraz przeciwko kurwom nie może walczyć. Logika idioty, bo przecież każdy z nas kiedyś sikał do nocnika. A moje dawne artykuły były tak chamsko pisane pod publiczkę i nie miały w sobie za grosz sensu, że branie ich na serio świadczy tylko o czyjejś głupocie.

To mniej więcej tak, jakby zarzucać autorowi bajek, że jego kolejna książka jest kryminałem. Z głupotą jednak nie wygrasz, ja ją muszę znosić i ty będziesz musiał, o ile prędko nie zadasz sobie pytania: „Kim jestem?”.

Jeśli chcesz kreować się na znawcę samochodów, a masz w domu tylko rower, albo udawać boga seksu, mając posturę Adama Małysza, to daleko na tym wózku nie zajedziesz. Paradoksalnie, równie wielką głupotą jest zadać sobie pytanie: „Kim jestem” i… szczerze na nie odpowiedzieć. Bo wiesz… nikogo nie interesuje, kim jesteś. Widziałeś Rambo ? Zapytaj więc...

KIM POTRAFISZ BYĆ?

Weźmy pierwszych z brzegu – Sylvester Stallone, Bruce Willis i ten, jak mu tam… Lady Gaga. Pierwsza dwójka to aktorzy kina akcji. Z drobnymi wyjątkami i paroma wpadkami, zwykle grają twardzieli, facetów z krwi i kości, takich, co to najpierw biją, a dopiero później patrzą, kogo. Lady Gaga to nowa wersja Madonny. Śpiewa tak, jak wygląda. Oni też wyglądają tak, jak grają. Filmowe role tworzą ich „prawdziwy” wizerunek. Kiedy Sylwek jeszcze nie wyglądał jak antyreklama chirurgii plastycznej, fani, z którymi się fotografował, unosili ręce i prężyli muskuły. On robił to samo. Kiedy jakiś bokser robi sobie fotkę z fanem, to w dziewięćdziesięciu procentach przypadków obaj będą zaciskać pięści. Kiedy Bruce Willis gra w reklamie, możesz mieć pewność, że wystąpi w niej jako tak zwany prawdziwy facet.

Aktorzy, piosenkarze, sportowcy wciąż odgrywają swoją rolę i tylko czasami, kiedy jakiś paparazzi przyłapie ich w niedwuznacznej sytuacji, wychodzi na jaw, że twardziele wcale nie są twardzielami, a ślicznotki są niewiele śliczniejsze od wiejskich dziołch. No nikt mi nie powie, że Lady Gaga bez photoshopa jest ładna!

– Wyobrażasz sobie, że Brad Pitt ma małego penisa? – zapytała mnie moja znajoma Iwonka. – Albo że Sean Connery jest beznadziejny w łóżku? – Musiałbym to bardzo głęboko przemyśleć, a co? – Bo ja sobie nie wyobrażam. Pamiętasz tę scenę z gumową rękawiczką w Podziemnym kręgu ? Był boski. Ideał.

W tej jakże wartościowej intelektualnie wymianie zdań jest sens. Postrzegamy gwiazdy takimi, jakimi wykreowano je na ekranie, nie do końca rozumiejąc, że to dwa różne światy. Właściwie to wcale nie chcemy i nie musimy tego rozumieć, bo przy całym szacunku do Brada Pitta, lata mi koło nosa, jaki jest naprawdę. Byleby w swojej roli był wiarygodny. To jest sedno sprawy.

Nieważne, kim jesteś, ważne, kim potrafisz być.

Na ile dobrze czujesz się w roli, którą chcesz odgrywać, na ile jest ona zbieżna z prawdą o tobie. Sylwek Stallone nie miał mięśni dorabianych komputerowo. Ten facet naprawdę latami ćwiczył, aby osiągnąć dobry efekt, zatem możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że miał cechy twardziela.

Zanim jednak odpowiesz sobie na pytanie: „Kim potrafisz być?”, pomóż sobie innym pytaniem.

NA CZYM SIĘ ZNASZ?

Spokojnie, nie panikuj. Nie musisz być ekspertem w jakiejkolwiek dziedzinie. Ja na eksperta od relacji damsko-męskich kreowałem się w czasach, kiedy wszystkie moje kobiety miały rozszerzenie JPG. Niemniej musisz wiedzieć, co cię kręci. Polityka czy szydełkowanie? Chłopcy czy dziewczynki? Słońce czy deszcz? Teoretycznie możesz pisać o wszystkim i o niczym. To żaden grzech, ale sukces osiągniesz wtedy, gdy skupisz się na dwóch, maksymalnie trzech tematach głównych.

W książce Bloger i social media przytaczam dwa wydarzenia z mojego życia, które idealnie pasują do odpowiedzi na pytanie: „Na czym się znasz?”. Nie wypada mi cię odsyłać do mojej pierwszej książki, więc skorzystam z nich i teraz.

Otóż kilka lat temu, jeszcze zanim zostałem blogerem, zadzwoniłem do redakcji „Twojego Stylu”. Miałem szczęście, bo telefon odebrał redaktor naczelny.

– Dzień dobry. Czy mógłbym u was pisać artykuły? – Oczywiście. – A na jaki temat?

I to był mój koniec. Redaktor zachował się bardzo taktownie, pytając, czy aby na pewno wiem, do kogo się dodzwoniłem, a jeśli tak, to powinienem też wiedzieć, jaką tematyką zajmuje się jego pismo. Zachęcił do współpracy, ale było za późno, bo cały spaliłem się ze wstydu.

Z blogami sprawa jest podobna. Sam wiesz, w czym jesteś dobry. Wiesz, na jaki temat masz najwięcej do powiedzenia. Wielu blogerów ma mentalność maturzystów. Po zdaniu egzaminu dojrzałości nie szukają uczelni, która byłaby adekwatna do ich zainteresowań. Idą szkolić się tam, gdzie są dobrze płatne zawody. W ten sposób nie można wygrać życia, można za to dołączyć do grona frustratów, którzy całe życie robią coś, czego nienawidzą.

Nigdy nie wymyślaj tematyki swojego bloga. Ona jest w tobie od zawsze. Wystrzegaj się „dobrych” rad znajomych.

Kiedy w 2004 roku nosiłem się z zamiarem otwarcia bloga, zbierałem rady od znajomych. Mówiłem im, że chcę pisać o stylu życia i relacjach damsko-męskich. A i trochę też o polityce, mediach, modzie.

– I kto to będzie czytał? – pytała mnie koleżanka Iwonka. – Idź do pierwszej lepszej księgarni albo kup sobie jedno z tysięcy pism, które te sprawy wałkują od dziesięcioleci. Przed tobą powstały miliony publikacji na te tematy. Spóźniłeś się o kilkaset lat. Kto to będzie czytał? Chcesz na nowo wymyślić koło?

Chwilę się zastanowiłem i odpowiedziałem: – Tak.

Mój blog w kilka tygodni po uruchomieniu wspiął się na szczyt rankingu popularności, byłem linkowany na wszelkich możliwych forach, a w ciągu kolejnych trzech lat pod moimi tekstami pojawiło się pół miliona komentarzy. Ludzie to kupili.

Nie wymyśliłem koła. Na nowo opowiedziałem jego historię.

Spójrz na swojego bloga. Jaka tematyka wyróżnia cię z blogosfery? Czy dajesz czytelnikom coś, czego nie dają inni? Czy przychodzą do ciebie, bo jesteś jak Tommy Lee Jones w Ściganym ?

CHARYZMA – POJĘCIE NIEZNANE

Charyzma. Jeśli ją masz, sprawisz, że ludzie będą za tobą podążali. Jeśli jej nie masz – całe życie będziesz podążał za innymi.

Charyzmatyczni wyróżniają się z tłumu miernot. Człowiek z charyzmą to taki, którego widzisz pierwszy raz w życiu, którego znasz ledwie kilka sekund, a już wiesz, że urodził się, by zwyciężać. Tacy ludzie bardzo krótko pozostają dla świata anonimowi.

W kolejnym rozdziale poddam cię krótkiemu testowi, który da ci odpowiedź, na jakim etapie rozwoju jesteś. Ale muszę cię ostrzec – nie spodziewaj się pozytywnego wyniku. Choćbyśmy nie wiem jak wysokie mniemanie mieli o sobie, świat w 99 procentach składa się z ludzi przeciętnych, żyjących wedle schematów ustanowionych przez liderów. Większość z nas jest konsumentami produktów, opinii i prawd głoszonych przez wyraziste, charyzmatyczne i wylansowane jednostki. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że sam o sobie nie powiesz: „Jestem głupi” czy też „Inteligencją nie grzeszę”. Już prędzej przyznamy się do tego, że nie jesteśmy wizualnie atrakcyjni, aczkolwiek u kobiet zazwyczaj usłyszymy: „Jestem przeciętnej urody, ani brzydka, ani piękność”.

Prowadząc szkolenia, wielokrotnie słyszałem, że jestem naiwny, jeśli myślę, że jednym wystąpieniem, jedną książką lub paroma błyskotliwymi tekstami zmienię czyjąś mentalność. Zawsze będzie tak, że ci „lepsi” i tak się przebiją, a tym słabszym nawet 100 szkoleń i 1000 poradników nie pomoże, bo z charyzmą i talentem trzeba się urodzić. Z bólem serca muszę się z tym zgodzić. Naszego kraju nie zaleją profesjonalni blogerzy, trzepiący miliony na swoich blogaskach, bo nawet jeśli mają wiedzę, co należy zrobić, by zdobyć świat, nie posiadają cech charakteru umożliwiających dokonanie tej sztuki. To nic. Nie każdy ma takie potrzeby, a wiedza o tym, jakich błędów nie popełniać przy kreowaniu wizerunku i jak współpracować z firmami, na pewno się przyda i przyniesie korzyści. Jednym złotówki, innym miliony złotówek. Ogromną radość sprawia mi otrzymywanie maili od influencerów, którzy dziękują za wytłumaczenie im prostych zasad zarabiania na blogu. Całymi latami żyli z barterów, a kiedy posłuchali moich rad, zaczęli zarabiać pieniądze. I tę sztukę jest w stanie opanować każdy (słownie: każdy) czytelnik tej książki. Zresztą poznasz tych blogerów w dalszej części.

Charyzma jest niezbędna, aby znaleźć się w elicie blogerów, tych najbardziej rozpoznawalnych, najlepiej opłacanych. Nie jest jednak potrzebna, aby prowadzić doskonałego bloga. Nie jest też potrzebna, aby zarabiać na nim pieniądze wystarczające na przeciętne życie.

Jeśli czujesz lub wiesz, że nie jesteś obdarzony charyzmą, nie rzucaj się pod tramwaj. Jest szansa, że po prostu się mylisz i jeszcze nie trafiłeś na okazję, by zaprezentować swoje ukryte możliwości. Stallone zaczynał od grania w porno. To cholernie daleko do Johna Rambo. Ja przez blisko rok swojej działalności w internecie (parę lat przed założeniem bloga) byłem popierdółką. Nikt mnie nie zauważał, nie dyskutował ze mną, zlewano mnie jak ostatniego leszcza. Trafiłem w końcu na dobry temat, dobrą dyskusję, w której w mocnych słowach przedstawiłem swoje opinie. Nagle zgromadziłem wokół siebie ludzi od „masz rację” i nabrałem przekonania, że potrafię się wyróżnić. A potem wszystko potoczyło się bardzo szybko.

Może i jesteś najgorszym nudziarzem, może i w szkole byłeś workiem treningowym, gamoniem, nieukiem i słuchałeś Britney Spears. To jeszcze o niczym nie świadczy. Charyzmę tworzy sposób myślenia odmienny od tego, który prezentuje większość społeczeństwa. No to sprawdźmy, jak jest z tym u ciebie.

Jason Hunt
Zobacz pełny opis książki