Pewna legenda opowiada o kwiecie paproci, który zakwita tylko raz w roku, a temu, komu uda się go znaleźć, zapewnia życie w szczęściu i bogactwie.
Wiara w istnienie symbolu dobrobytu była tak silna, że w dawnych czasach całe wioski wyruszały do lasu w noc przesilenia letniego, aby odnaleźć legendarny kwiat i odmienić swoje życie na lepsze. Dziś patrzymy na tych ludzi z uśmiechem politowania, nie do końca rozumiejąc, jak mogli być tak naiwni, ale w istocie niewiele się różnimy od poprzednich pokoleń, bo przez całe życie marzymy o tym, by było nam lepiej, i szukamy drogi na skróty. Jedni grają na loterii, inni wybierają uczelnie, po których jest najlepiej płatna praca, jeszcze inni bogato wychodzą za mąż, a ci najbardziej leniwi zakładają blogi i czekają, aż pieniądze spadną z nieba.
Wszyscy szukamy swojego kwiatu paproci, wcale nienaiwnie wierząc, że on istnieje, bo przecież widzimy wokół siebie ludzi, którym się udało. Ich partnerzy są piękniejsi, ich dzieci bardziej uśmiechnięte, a ich trawa bardziej zielona – i nawet fotki na Instagram robią lepsze. Że nie wspomnę o ilości pieniędzy na koncie. A skoro im się udało, to i nam może.
Jeśli jednak sądzisz, że niniejsza książka pomoże ci w odnalezieniu legendarnego kwiatu, napełni kieszenie złotem i nakarmi twojego kota, to już na początku pragnę wyprowadzić cię z błędu. Tak się nie stanie. Nie pomogę ci w poszukiwaniach, bo w tej bajce to ty jesteś tym, którego inni muszą odnaleźć. Żyjesz tylko jeden dzień. Jak większość blogerów, którzy zakładają blogi i ich nie piszą. Kończą na jednym powitalnym tekście. Jak wielu z tych, którzy stali się bohaterami jednego dnia, bo napisali dobry tekst, zrobili świetne zdjęcie, celnie coś skomentowali albo pokazali cycki. Nazajutrz nikt o nich nie pamięta. Pięć minut sławy przemija, zanim na dobre się zacznie. Ale to nie jest domena tylko naszych czasów.

W okresie liceum jeździłem latem po różnych festiwalach filmowych, aby łapać motywację, uczyć się, inspirować i podziwiać. Pamiętam, jak na jednym z nich Jerzy Stuhr, odbierając nagrodę za swój film, powiedział:
Dziś bardzo łatwo wejść na szczyt, ale utrzymać się na nim – cholernie trudno.
Utkwiło mi to w pamięci. W duchu wyśmiałem jego słowa, bo wówczas wydawało mi się, że właśnie dostać się na szczyt jest najtrudniej. Wybić się z przeciętności. Mieć czytelników, widzów, słuchaczy, fanów, wyznawców, dużo koksu i dziwek. Teraz z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć ci, że wybić się naprawdę nie jest trudno. To nie jest też łatwe, ale gdybym miał wybierać ponownie – zdawać znowu na prawko czy budować zupełnie nową markę od początku – daję ci słowo, że wybrałbym to drugie i o wiele szybciej osiągnął cel.
Swoją drogą, zdawanie na prawo jazdy było dla mnie najbardziej traumatycznym przeżyciem młodości. Nawet matura nie zryła mnie tak stresem, jak trzy podejścia do egzaminu. Za trzecim się udało, ale do dziś kierowca ze mnie żaden – wolę przemieszczać się tramwajami i metrem. Każdego roku obiecuję sobie, że nauczę się jeździć i spełnię jedno z moich marzeń: udam się w samochodową podróż po USA. Mam nadzieję, że pewnego dnia będę mógł w tym miejscu zrobić dopisek, że zrealizowałem ten cel. Ale to tak na marginesie, kończąc wstęp, zanim stanie się przydługi.
Rozbitek na bezludnej wyspie
Wróćmy do naszego kwiatka, któremu zostało tylko parę godzin życia. Albo nie. Mam lepszy pomysł. Wyobraź sobie, że leciałeś rakietą na Marsa, ale przez przypadek nacisnąłeś nie ten guzik, co trzeba, i wylądowałeś na bezludnej wyspie.
Jak myślisz, ile czasu potrafiłbyś przetrwać na takiej wyspie?
Przyjmijmy najpierw wersję pesymistyczną, bo domyślam się, że jeśli byłaby to wyspa z bielutką plażą, turkusowym morzem, palmami i drzewami pełnymi owoców, to przeżycie na niej wielu lat byłoby całkiem możliwe.
W tej gorszej, a zarazem najbardziej prawdopodobnej wersji umarłbyś z głodu po kilku dniach lub co najwyżej paru tygodniach, bo z rozbijaniem się na wyspach nie jest tak różowo, jak to nam pokazują w filmach. Prawdopodobnie dotarłbyś do brzegu ranny i osłabiony, nawet drobne skaleczenie mogłoby wywołać infekcję, która rozłożyłaby cię na łopatki. Nie miałbyś przy sobie jedzenia i żadnych narzędzi. Prawdopodobnie wokół szalałaby burza, byłoby ciemno i nie wiedziałbyś nawet, w którą stronę się udać. Zostałbyś na brzegu, oczekując pomocy. Obyś na nim nie zasnął, bo to mogłoby się skończyć utopieniem (przypływ), a w najlepszym wypadku przeziębieniem.
Następnego dnia ledwo ledwo stałbyś już na nogach, bo bez wody pitnej człowiek jest w stanie utrzymać się przy życiu nie dłużej niż kilka dni. Znacznie lepiej radzimy sobie bez jedzenia; ludzki organizm jest w stanie przeżyć bez papu nawet kilka tygodni. Ale tak daleko nie ma sensu wybiegać w przyszłość, bo – przyzwyczajeni do wygód codziennego życia – nie wyobrażamy sobie nawet jednego dnia bez pożywienia. Musisz je znaleźć na tej wyspie, ale jesteś bez szans, bo niby z jakiej racji miałoby na niej rosnąć cokolwiek nadającego się do jedzenia? Na większości wysp nie ma palm ani jadalnych owoców. Nie ma też zwierząt, na które można zapolować, ani ryb, które pływają przy brzegu i byłyby chętne wskoczyć na patelnię (jej też nie masz). Słowem: w tej najbardziej prawdopodobnej wersji bycia rozbitkiem na wyspie wylądowałbyś w miejscu podobnym do tego, które zwiedził Tom Hanks w „Cast Away”. Zimno, szaro, ponuro i skaliście. Przekładając na polski: chuj, dupa i kamieni kupa.
Okej, on miał prostsze zadanie, bo na jego wyspie rosły palmy kokosowe. Ale twórcy filmu trochę ułatwili mu życie, bo jeśli myślisz, że można wejść na przeciętną palmę – spróbuj wdrapać się na dowolne drzewo rosnące pod twoim domem. Tylko wiesz, wybierz takie bez gałęzi, bo palmy gałęzie mają wysoko. Jesteś bez szans. Nawet jeśli znajdziesz kokos pod drzewem i będzie wciąż nadawał się do zjedzenia, to jeszcze sporo się namęczysz, aby go rozłupać, bo prawdziwe kokosy nie przypominają tych ślicznych kul, które sprzedaje się nam w marketach po parę złotych.
Inna rzecz, że nawet dorodne kokoski nie uchroniłyby cię przed rychłym zgonem, gdyby na twojej wyspie żyły jakieś dziwne stworzenia. Nie muszą być duże i groźne, bo na dobrą sprawę wystarczyłaby jedna maleńka mrówka, abyś jeszcze tego samego dnia powędrował w zaświaty. A że mieszkania nie masz, dachu nad głową też nie, to ryzyko bycia ugryzionym przez cokolwiek żyjącego na wyspie jest niemalże pewne.
No dobra, skończmy z tym pesymizmem. Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że motyw bezludnej wyspy przewija się w moim życiu pisarskim i prywatnym od najmłodszych lat. Pamiętam, że raz polonistka poleciła każdemu napisać opowiadanie. Tematyka dowolna. Rozpisałem się na osiem stron zeszytowych o tym, jak to płynę statkiem do Szwecji i w wyniku katastrofy znajduję się na wyspie, mając przy sobie tylko to, co zostało mi w kieszeniach: trochę banknotów i zapałki. Już jako dziecko rozumiałem, że byłaby to sytuacja dramatyczna, dlatego w opowiadaniu pisałem, że z dnia na dzień słabnę, tracę nadzieję na przeżycie, a w dodatku w pewnym momencie łamię nogę. Nie widząc innej szansy na przeżycie, resztkami sił decyduję się na najbardziej desperacką próbę wyjścia z opresji: podpalam wyspę. Wielki pożar zwraca uwagę statków przepływających niedaleko niej. Ratują mnie i historia kończy się happy endem. Za wypracowanie dostałem tróję. Już nie pamiętam dlaczego, pewnie narobiłem dużo literówek. W każdym razie nauczycielka pochwaliła mnie za kreatywność.
„Tajemnicza wyspa” Juliusza Verne’a była natomiast pierwszą powieścią, jaką przeczytałem w życiu, i odcisnęła piętno na mojej wyobraźni. Od zawsze, ilekroć sobie rozmyślam, co bym zrobił, gdybym się rozbił na bezludnej wyspie, przypomina mi się to dzieło. W dużym skrócie: piątka przyjaciół żyjących w czasie wojny secesyjnej (1861–1865) chce uciec z oblężonego miasta za pomocą balonu. Niestety zrywa się wichura, znosi ich aż nad Pacyfik i lądują na wyspie. Z dala od cywilizacji i bez szans na ratunek. Na szczęście wyspa jest zamieszkała przez wszelkie znane gatunki zwierząt i obrośnięta wieloma popularnymi odmianami drzew. Verne bardzo ułatwił zadanie swoim bohaterom i o ile na samym początku ledwo potrafią wyżywić się roślinami, o tyle pod koniec książki mają już telegraf, kolej i elektryczność.
Nieprzypadkowo nawiązałem do motywu bezludnej wyspy, będzie się on bowiem przewijał przez wszystkie strony tej książki. Początki zawsze są takie same – i rządzą nimi podobne schematy. A że nie cierpię „suchych” poradników i lubię opowiadać historie, wybrałem motyw rozbitka jako najlepiej obrazujący rzeczywistość początków rozwoju naszej marki.
Nie ma znaczenia, czy chcesz być blogerem, założyć firmę, wypromować start-up, czy po prostu jak najefektywniej funkcjonować w social mediach. Na samym początku jesteś sam i zaczynasz z niczym. Statystycznie rzecz biorąc, masz minimalne szanse na przetrwanie, jeszcze mniejsze na wybicie się i praktycznie zerowe na sukces.

