Pewnie znacie taki typ faceta. Wygląda jak zbity spaniel albo jak miły miś, którego aż chce się przytulić i który bardzo, ale to bardzo chce być przytulony. Zwykle wchodzi w rolę tak zwanego przyjaciela i całkowicie się gubi, kiedy jakaś kobieta – w przypływie niepoczytalności, z powodu nagłej ślepoty lub zbyt dużej ilości wypitego alkoholu – zgadza się go zaprosić, takiego lucjana, do siebie na obiad.
Ów mężczyzna, nie posiadając się ze szczęścia i chcąc przy tym komuś zaimponować, obdzwania wszystkich kumpli, dumnie informując, że dziś „zaliczy fajną laskę”. To nic, że kobieta nie ma tego w planach. Każdy facet, który idzie na randkę, zadaje sobie tylko jedno pytanie: „Ciekawe, czy będzie seks?”. Zwłaszcza jeśli ma siedemnaście lat i jest prawiczkiem. Dlatego przed spotkaniem przegląda strony internetowe, odgrzebuje stare poradniki, ucząc się z nich, jak doprowadzić partnerkę do orgazmu w ciągu pięciu minut. Jednym palcem.
Tuż przed wyjściem wyciąga spod łóżka skarpetki, pędzi do łazienki i szybkim niochem obwąchuje pachy. Nie śmierdzą? No to dobrze. Szkoda czasu na kąpiel.
Sprawdza, czy aby na pewno nie zapomniał umyć zębów. Chucha w otwartą dłoń. Jest dobrze. W razie czego w kieszeni czekają miętówki.
Ubranie? Czyste. Dzięki Bogu. Odwieczny problem kobiet przed pierwszą randką – pełna szafa i „nie mam co na siebie włożyć”. Odwieczny problem facetów przed pierwszą randką – pusta szafa, ale „może znajdę coś czystego”.
Kieszonkowe od rodziców? Jest. Wystarczy na alkohol. Na taksówkę już nie. Trudno. Wróci z kopyta.
Kiedy otwierają się drzwi, a chłopiec jest przypadkiem nieuleczalnie chorym, na przywitanie całuje dziewczynę w dłoń, wydając przy tym przeciągły odgłos cmoknięcia. Następnie podstawia jej pod nos butelkę taniego wina i szeroko się uśmiecha, robiąc maślane oczka. Potem jest już tylko gorzej.
Każda kobieta trafia czasem na mężczyznę, któremu daje się tylko jedną szansę, bo więcej i tak by nie wykorzystał. Wiecznie niechciani, wiecznie samotni, bo jedyną propozycją, jaką dostają w życiu, jest „zostańmy przyjaciółmi”.
Powyższy opis to niezbyt wierne, poza kilkoma fragmentami, wspomnienie dnia, w którym pierwszy raz miałem porozmawiać z Annie na żywo.
Zaprosiła mnie do siebie.
Włożyłem białe skarpetki i podciągnąłem je wysoko. Na to – sportowe buty. Do zestawu – spodenki Nike i koszulka Adidasa, wpuszczona, ale lekko zbluzowana, coby za bardzo nie opinała brzucha.
To się nie miało prawa udać.
