Książka Thorn

Potrzebujemy kasy

Odradzano nam wizytę u Batmana. Wspólni znajomi mówili, że chłopak się stoczył, bo kobieta kolejny raz złamała mu serce. Ta sama co przed rokiem, ale teraz wspięła się na wyżyny perfidii. Pojechali na wspólne wakacje w tropiki. Przeżyli ze sobą trzy wspaniałe dni, po czym zupełnie przypadkowo nakrył ją na seksie z latynoskim kelnerem. Do domu wrócił przed kilkoma tygodniami i ponoć nikt od tego czasu go nie widział.

Zapukałem raz. Andy dwa razy, bo on zawsze puka dwa razy. Po chwili usłyszeliśmy dźwięk spadającej butelki i odgłos czegoś, co zbliżało się do drzwi. To był Batman. Wyglądał tak, że mrużyliśmy oczy, żeby nie widzieć go wyraźnie, bo okazał się wrakiem człowieka.

Weszliśmy do środka. Odór wódy i papierosów uderzył w moje nozdrza. Przechodząc przez przedpokój, natknąłem się na wiszące pajęczyny, nadpalone meble, walające się butelki, puste pudełka po mrożonkach, roje karaluchów i szczątki kilku nieznanych gatunków dinozaurów. I jakąś pustą skrzynię. Idę o zakład, że były tam płyty z bursztynowej komnaty, bo w mieszkaniu Batmana było, kurwa, wszystko. Syf, kiła i mogiła.

– Batman?
– Co tam ziomki? – spytał na wpół senny.
– A tak wpadliśmy. Wiesz, początek sierpnia, lato w pełni, a wzdłuż plaży chodzi pełno kobiet szukających kogoś takiego jak ty.
– Mnie już nie ma.
– Oj, skończ marudzić. Daliśmy ci trzy tygodnie na pozbieranie się. Zdradzała cię już dwa razy, a ty się zachowujesz, jakby to była dla ciebie jakaś nowość. Nagrzejemy parówek, pogadamy. Co ty na to?
– U mnie nie ma parówek – mruczał, nie podnosząc głowy z poduszki.
– Przynieśliśmy.
– Musztardy nie mam.
– Przynieśliśmy.
– Bułki zakwitły w zeszłym tygodniu.
– Przynieśliśmy.
– No to se, kurwa, pospałem. Nagrzewaj.
– Dobra. Idź do łazienki, doprowadź się do porządku. Domyślam się, że najczystsze rzeczy masz w torbie podróżnej, której jeszcze nie rozpakowałeś. Ubierz się ładnie i – jeśli możesz – zdejmij w końcu tę opaskę all inclusive.

Parówki to nie jedzenie. To rytuał, styl życia. W naszej paczce parówki były niczym kawior z bieługi. Kulinarną ekstrawagancją i przedmiotem najwyższego uwielbienia. Kochaliśmy parówki i nigdy ich nie „gotowaliśmy”. Zawsze je „nagrzewaliśmy”.

– Batman – zagadnął Andy, wcinając parówkę. – Ty tak schudłeś, bo masz raka czy, nie daj Boże, straciłeś apetyt?
– Po powrocie z wakacji mam wstręt do jedzenia. I do życia.
– Bo my przyszliśmy do ciebie z propozycją. Co ty na to, żeby dać sobie kolejną szansę i zacząć wszystko od początku?

Batman powoli przeżuwał bułkę, namyślając się przez chwilę, po czym odparł:
– Eee, nie chcę. Nie wierzę w reinkarnację.
– Mamy na myśli biznes – wtrąciłem, widząc, że rozmowa zmierzała w kierunku odwrotnym, niż chcieliśmy. – I potrzebujemy wspólnika. Ciebie. Ile masz kasy?
– Coś tam mam. Co to za biznes?
– Stoisko z duperelami. Typowe nadmorskie klimaty – muszelki, pocztówki, pistoleciki na wodę… Cały ten szajs, którego nikt o zdrowych zmysłach nie kupuje. Poza turystami.
– Okej.
– Co okej?
– Dam wam kasę na rozkręcenie interesu, ale mnie się nie chce w to wchodzić. Jak zarobicie, to mi oddacie.

Cały on. Takich ludzi jak Batman już się nie robi. Bezproblemowy człowiek, z którym wszystko załatwisz na gębę, a jeśli go wykiwasz, to ci tę gębę obije. A potem postawi flaszkę i będzie tak, jakby nigdy nic się nie stało. Nas nigdy nie uderzył, my jego też nie, bo nigdy się na sobie nie zawiedliśmy.

– Ale mam jeden warunek, koledzy. Chcę mieć nową ksywę. Nie lubię Batmana. Chcę coś oryginalnego, wyjątkowego, wzbudzającego respekt.
– Co proponujesz? – zapytał Andy.
– Bitman.
– Mhm…
– Lubię słuchać grubego bitu.
– Mhm.
– Może być Bitman?
– Zobaczymy, co da się zrobić.

Zdobyliśmy pieniądze na niewielką, ale wystarczającą ilość towaru. O zalegalizowaniu działalności nie pomyśleliśmy, bo nad morzem i tak pełno jest sprzedawców, którzy podatkami się nie przejmują, a urzędnicy raczej nie ciągaliby niepełnoletnich po sądach.

Trzy dni później rozłożyliśmy się na promenadzie i zaczęliśmy sprzedaż, ale nie szło nam tak dobrze, jak sobie tego życzyliśmy. Pracowaliśmy na zmianę: Andy – rano, ja – popołudniami. Czasami siedzieliśmy we dwójkę i graliśmy w karty dla zabicia czasu. Gdy się bardzo nudziliśmy, potencjalnym klientkom oferowaliśmy rabat w zamian za pokazanie cycków. Dziwne, ale żadna się nie zgodziła. Wszystko szło nam dobrze, poza tym, że nie szło nam w interesach. Dopóki pewnego dnia nie odwiedziła nas Janice…

Jason Hunt
Zobacz pełny opis książki