Czasami wystarczy tylko jedno spojrzenie na kogoś, kogo widzimy pierwszy raz w życiu, aby móc powiedzieć: pamiętam cię.
To ten dziwny moment, kiedy patrzysz na kompletnie obcą ci osobę i już wiesz, że należy ona do twojej przyszłości. Po jakimś czasie wspólnie przypominacie sobie wasze pierwsze spotkanie i okazuje się, że od samego początku oboje czuliście, że to się dla was tak szybko nie skończy.
To jest ten moment, kiedy widzisz kogoś i wszystko staje się oczywiste. I nawet jeśli tego nie rozumiesz, to nie zadajesz sobie tych głupich pytań, które zwykle się zadaje. Zapominasz o rozsądku, podążasz za emocjami, a po paru latach patrzysz na ślubne zdjęcie, wiszące na ścianie, i ciągle myślisz, że to był piękny dzień. Tylko teraz inaczej byś się ubrał.
To samo uczucie przydarza się nam, gdy oglądamy filmy, czytamy książki lub spoglądamy na zdjęcia. Czasami wystarczy tylko jedno spojrzenie na obraz rozświetlonych ulic wielkiego miasta, górskiego szczytu lub zwyczajnej urokliwej alejki na końcu świata, abyśmy nabrali przekonania, że kiedyś tam dotrzemy. Patrząc na te miejsca, szukamy w nich siebie w przyszłości, wierząc, że w jakiś magiczny sposób do nich należymy. Jeszcze są dla nas niedostępne, ale już złożyliśmy im obietnicę: Kiedyś tam wrócę. Kiedyś to osiągnę. Kiedyś z tobą będę. Może tylko na chwilę, może na zawsze.
Wyobrażanie sobie przyszłości to jak pamiętanie o tym, co jeszcze się nie wydarzyło. Jedni nazywają to marzeniami, inni – przeznaczeniem, wiarą, ambicjami. Jakkolwiek byś tego nie nazwał, jest to coś, co nadaje sens twojemu życiu i wyznacza kierunek, w którym podążasz.
Czasami wystarczy nam tylko jedno spojrzenie i wszystko się zmienia. Miałem pięć lat, gdy wystarczyło mi tylko jedno pytanie.
To były ruiny malutkiego starego kościółka za miastem, częściowo pozbawionego dachu, okien i wszystkiego, co dało się ukraść i sprzedać. Składał się tylko z jednego pomieszczenia i gdy patrzyło się na niego z zewnątrz, można było wziąć budynek za pozostałości po dużym spalonym magazynie. Wewnątrz też nie było romantycznie. Pełno kamieni, szkła, trochę zbutwiałych ubrań. Na popękanych i nadpalonych ścianach zachowały się resztki tynku, ale tylko w głębi sali, nad zniszczonym ołtarzem, gdzie było zadaszenie.
Znajdował się niecałą godzinę spaceru od mojego domu. Większość trasy pokonywało się kamienistą drogą, wiodącą z miasta do niewielkiej portowej wioski, a ostatnie dwie mile brnęło się przez pole. Bezproblemowe latem, bo osobiście wydeptywałem trawę, irytujące jesienią, gdy okoliczne tereny zamieniały się w błotnistą krainę. Pozwól, że oszczędzę ci wielostronicowych opisów przyrody rozpościerającej się wokół kościółka, bo i tak niewiele mógłbym napisać. Rosło tam tylko jedno drzewo, a ze wszystkich stron nic tylko pola. Najlepszy widok był z ławeczki – prosto na morze, oddalone o kilka mil. Od wschodu – panorama miasta, ale niespecjalnie zachwycająca.
Na co dzień było tam pusto i względnie bezpiecznie, o ile nie przerażały cię robaczki błąkające się po spróchniałych ławach. Dorośli raczej tam nie chodzili – grillować w takim miejscu nie wypada, a wypić można znacznie bliżej miasta. Zresztą poza jedną ławeczką przed wejściem nie było gdzie siedzieć. Z dzieciakami też miałem spokój, bo jak masz zaledwie kilka lat, to wolisz spędzać czas w znacznie przyjemniejszych miejscach. Tylko raz udało mi się namówić dwójkę przyjaciół, aby towarzyszyli mi w drodze do kościółka. Na miejscu szukaliśmy skarbów między cegłami, którymi potem rzucaliśmy w butelki po alkoholu, a na koniec w siebie. Obyło się bez ofiar. Więcej ich tam nie zaciągnąłem i poza sporadycznymi wizytami zbłąkanych pijaczków, to miejsce należało do mnie. W ten oto sposób w wieku pięciu lat dorobiłem się własnego kościoła. To chyba wtedy postanowiłem, że w przyszłości zostanę księdzem.
Na południowej ścianie, tuż za pozostałościami po ambonie, widniał całkiem dobrze zachowany fresk, przedstawiający scenę ze Starego Testamentu – Ewę, dającą jabłko Adamowi. Wokół drzewa owinięty był syczący wąż. Latem bawiłem się w restauratora zabytków i kolorowałem kredkami wyblakłe malowidło.
Stałem tam, kiedy weszła do budynku.
Nie usłyszałem jej, mimo że do drzwi nie miałem więcej jak dwadzieścia metrów. Odwróciłem się dopiero wtedy, gdy wolnym krokiem zbliżała się do pozostałości po ołtarzu. W ogóle nie zwracała na mnie uwagi – wpatrzona we fresk, podchodziła do niego nieśpiesznie. Nie byłem szczególnie zaskoczony, że ktoś obcy się tu pojawił. Ze dwa razy miałem gości, ale szybko się zmywali, spostrzegłszy, że w kościółku nie ma nic ciekawego.
Prawą dłonią dotknęła fresku i spojrzała na mnie. Jeszcze wtedy nie mogłem wiedzieć, że nigdy nie zapomnę tego jednego spojrzenia, ale już wtedy ogarnęło mnie przeczucie, że nie jest mi obcą osobą. Nie rozpoznałem jej, a mimo tego nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby myśleć o niej jak o jakimś kolejnym nieproszonym gościu w moim prywatnym (a jakże!) kościele.
Była najsmutniejszą istotą na całym świecie i zarazem najpiękniejszą, jaką widziałem w swoim kilkuletnim życiu, choć wtedy, jako mały chłopak, nie mogłem postrzegać jej takimi kategoriami. To przyszło z czasem.
Chyba zauważyła, że się lekko wystraszyłem, bo ciepło się uśmiechnęła i po chwili przykucnęła, aby się ze mną zrównać. Nastąpiło kilka okropnie długich sekund, w trakcie których próbowałem sobie przypomnieć, skąd się znamy. Bo się znamy! Wiem, że się znamy. I wiem, że nic mi nie grozi.
Spojrzała jeszcze raz na fresk, po czym dotknęła lekko mojego ramienia i wyszeptała pytanie, które na wiele lat miało pozostać bez odpowiedzi:
– Dlaczego o nas zapomniałeś?
Zrobiłem wtedy coś bardzo głupiego. Uciekłem.
