Wszystkie problemy mają tylko jedno najlepsze rozwiązanie, a wszystkie decyzje, jakie podejmujemy, sprowadzają się tylko do jednej prostej odpowiedzi. Pozytywnej lub negatywnej.
Kiedy jesteśmy dziećmi, reagujemy śmiechem lub płaczem. Coś jest dobre lub złe. Coś nam się podoba lub nie. Zostajemy lub uciekamy. Kiedy stajemy się dorosłymi ludźmi, komplikujemy sobie życie, trwając w przekonaniu, że pomiędzy dobrem a złem jest coś jeszcze. Owszem, jest. Ale wybierając pośrednie rozwiązania, uciekamy od podjęcia decyzji, odraczamy wyrok.
Pamiętasz, jak babcia kazała mi uciekać przed dorosłymi? Pozostać dzieckiem, bo tylko dziecko potrafi myśleć emocjami, a nie durnym rozsądkiem. Zrobiłem na odwrót. Wszedłem w świat dorosłych po to, żeby się przekonać, jakie błędy popełniają. Obracałem się w ich towarzystwie, dołączałem do internetowych grup dla dorosłych, słuchałem ich problemów, czasami nawet piłem z nimi wódkę tylko po to, żeby poznać kolejną historię nieszczęśliwego żywota.
Starałem się upraszczać ich sprawy, sprowadzać je do prostych odpowiedzi. Nie zapomnę, gdy jedna ze znajomych – kobieta mocno po trzydziestce, z nieco zwichrowanym życiem u boku męża, który ją regularnie zdradzał – powiedziała mi, że chciałaby znowu mieć tak czyste emocje, jak mam ja. Znowu mieć naiwność i wiarę w ludzi. Ufać, kochać, wierzyć, polegać.
– Kiedyś to wszystko stracisz. Życie każdego kopie w dupę – mówiła.
Nigdy tego nie straciłem. I ty też nigdy tego nie stracisz, jeśli nie pozwolisz, aby problemy zawładnęły twoim życiem. Pokażę ci to na przykładzie związków, bo mało co nas kopie w tyłek tak mocno, jak zawody miłosne.
Kiedy już stałem się ekspertem od relacji damsko-męskich (a stałem się nim, jeszcze zanim poznałem, co to seks – kocham internet!), dostawałem dziesiątki maili z pytaniami, jak sobie radzić w nieudanych związkach. Nie mogłem się nadziwić, że tak wielu ludzi nie potrafi zrozumieć, że nie ma czegoś takiego jak trudna miłość i skomplikowane relacje. Ba, nie ma nawet czegoś takiego jak trudne kompromisy.
Okej, przyznaję, umiejętność godzenia się na ustępstwa jest podstawą każdego udanego związku. Rzecz w tym, że jak już z kimś jesteśmy, to głupiejemy, a czasami tak bardzo, że przestajemy sobie wyobrażać życie z kimś innym. Nawet jeśli nasz obecny związek ma smak trucizny.
Trudna miłość, rozstania, powroty, separacje, ciche dni. „Daj mi czas, żeby wszystko przemyśleć…”, „nie jestem gotowa…”, „nie wiem, co do ciebie czuję”, „chcę, ale się boję”, „nie mamy szans…”, „dlaczego los ciągle rzuca nam kłody pod nogi” – brzmi znajomo, co?
„Czy mam z nim być?”, „Dlaczego to wszystko jest takie popaprane?”, „Czy miłość musi być taka skomplikowana?”. „Czy on mnie kocha?” – to też skądś znasz, prawda?
Otóż wcale nie musi tak być. Miłość, uczucia i związki nigdy nie są skomplikowane same w sobie. To my stawiamy sobie bariery, wymyślamy przeszkody, uciekamy od miłości i uczuć, mocno wierząc, że nie mamy powodzenia w życiu i musimy być nieszczęśliwi.
Problem nie istnieje, kiedy związek dopiero się buduje. Jesteśmy wtedy w stanie wiele wybaczyć partnerom, a i oni wobec nas są bardziej wyrozumiali.
Schody zaczynają się trochę później. Ludzie mają tendencję do naprawiania wygasających związków. Mówią wtedy: „Zacznijmy jeszcze raz!”, „Wyjedźmy gdzieś!”, „Odpocznijmy od siebie przez jakiś czas”… I tak dalej. Wracają do siebie i tkwią w naiwnym, głupim i hańbiącym przekonaniu, że raz wygaszone uczucia da się ponownie rozpalić.
Pragną, żeby było jak dawniej, kiedy myśleli emocjami, działali spontanicznie, a świat zaczynał się i kończył tam, gdzie byli razem.
Raz wygaszonego uczucia nie rozpalisz ponownie, a jeśli cudem uda ci się wzniecić ogień, to zawsze będzie to związek oparty na kompromisach. Od tej pory tym, co najintymniejsze, dzielisz się z kimś dalekim od marzeń, a bliskim rozsądkowi.
Nie ma trudnej miłości, są tylko głupi ludzie. Nierozumiejący, że albo się kocha, albo nie. Albo ma się potrzebę bycia z daną osobą, albo ma się potrzebę uwolnienia się od niej. Zawsze jakieś uczucie przeważa. Im mądrzejszy człowiek, tym szybciej to pojmie.
Jeśli mi nie wierzysz, to uwierz Andy’emu, twórcy teorii „Tak, ale…”. Zakłada ona, że kiedy nie jesteśmy pewni naszych uczuć do partnera lub po prostu nie wiemy, czy chcemy z nim być, powinniśmy zadać sobie jedno proste pytanie: „Czy chcę być z tą osobą?”.
W zdrowym związku odpowiedź brzmi „tak”. W związkach ludzi problemowych – „tak, ale…”.
Tak, ale mam żonę. Tak, ale mieszkamy daleko od siebie. Tak, ale jestem gejem. Tak, ale jestem twoim ojcem. Tak, ale mam małego… Tam, gdzie są problemy, zawsze jest jakieś „ale”.
Tak naprawdę to niewinne słówko znaczy to samo co „nie”. Jest to „nie” subtelniejsze, zgrabniejsze, mniej bolesne, ale to wciąż NIE.
„Ale” jest jedyną barierą, która dzieli cię od uwolnienia się od niechcianego uczucia. Niestety nie możesz z niego zrezygnować, bo wtedy zostałoby już tylko „tak”. A ty nie możesz sobie na to pozwolić, bo „tak” oznacza zdrowe, udane związki, relacje oparte na miłości, zakochaniu, zaufaniu, motylach w brzuchu, zdrowej tęsknocie za każdym esemesem, telefonem, spotkaniem i dotykiem. Ty tego życia nie masz, bo nie chcesz mieć. Bo nie chcesz zrozumieć, że musisz uciec od tego.
Skomplikowane uczucia są dla słabych, dla myślących „nie zasługuję na lepszą miłość”, „nie znajdę lepszej miłości”, „muszę trwać przy kimś, kogo jestem pewna”.
Nie ma trudnej miłości. Albo chcesz z kimś być, albo nie. Albo ktoś chce być z tobą, albo niech spada. Zadaj swojemu partnerowi proste pytanie: „Czy chcesz ze mną być?”. Jedyną odpowiedzią, jaką możesz usłyszeć, to bezwzględne „tak”. Tylko ono nie poniża cię w oczach tej drugiej osoby.
To naprawdę prosta matematyka. Uczucia wymagają dwóch osób: 1 + 1 = 2. Żadnych ułamków. Tam, gdzie są wątpliwości, nie ma czystych uczuć. Nie ma uczuć, na które każdy z nas zasługuje, bo jest duża różnica między godzeniem się na kompromisy a cierpieniem z ich powodu.
Nie bez przyczyny rozpisałem się o teście „Tak, ale…”. Jego cudowne właściwości nie ograniczają się bowiem tylko do relacji w związkach. Stosuję go na co dzień, nawet w tak błahych sprawach, jak spotkania z ludźmi, wyjazdy, kupowanie produktów. Zadaję sobie wtedy pytanie: czy chcę tam iść, czy chcę to mieć… Jeśli odpowiedź jest „Tak, ale…”, to często odpuszczam sobie. Niestety nie dotyczy to kupowania słodyczy. Jeszcze nie znalazłem magicznego sposobu na odmówienie sobie przyjemności zjadania czekoladek, ale to na szczęście nie wpływa zbyt negatywnie na moje życie.
Wracając do tematu – być może pomyślałeś sobie, że postępowanie według zasady „Tak, ale…” jest fajne, ale czy wówczas nie uciekasz od odpowiedzialności. Czy przypadkiem nie postępujemy wtedy egoistycznie, bo dbamy o swój interes, a nie o interes tej drugiej osoby?
Hm… w istocie tak jest. I bardzo dobrze, że tak jest, i przy odrobinie szczęścia za chwilę się ze mną zgodzisz.
Jakby to delikatnie powiedzieć…
